|
Tego roku jeszcze sześciokrotnie wystąpiłem w meczach reprezentacji, strzelając siedem bramek. Wyniki na ogół nie były dla nas korzystne, choć czasami wznosiliśmy się-na wyżyny naszych umiejętności. Choćby spotkanie w Sztokholmie ze Szwedami, którzy mieli wówczas doskonałą drużynę ze słynnymi braćmi Nordhalami. W tym niezwykle dramatycznym pojedynku z 5:2 dla gospodarzy doprowadziliśmy do 5:4, będąc naprawdę o krok od wyrównania. Każda nasza akcja w końcówce meczu wywoływała ogromny aplauz widowni, a nazajutrz staliśmy się prawdziwymi bohaterami szwedzkiej stolicy. W doskonałych nastrojach wyjechaliśmy do Finlandii. Odnieśliśmy pierwszy powojenny sukces wygrywając z Finami 4:1. Dla mnie był on tym cenniejszy, że strzeliłem pierwsze dwie bramki. A potem przyszła katastrofalna porażka z Jugosławią aż 1:7! Nie chcę jej usprawiedliwiać, ale do Belgradu jechaliśmy pociągiem, w zatłoczonych wagonach, aż trzy dni, i niemal prosto z podróży wyszliśmy na boisko, aby zagrać z doskonałym przeciwnikiem.
|